Tego dnia chcieliśmy tylko o wszystkim zapomnieć.
Miasto pożarło nas swoim hałasem, więc uciekliśmy — w poszukiwaniu wolności.
Natura była spokojna… dopóki on się nie pojawił.
Starszy mężczyzna — nieoczekiwany, niewytłumaczalny.
Nie był groźny, ale w jego spojrzeniu było coś, co zmroziło nam krew.
Śmialiśmy się — bez zastanowienia — a potem wyjął książkę w czarnej oprawie i podał ją nam, mówiąc tylko jedno zdanie:
„Daj to swojemu przyjacielowi, gdy znów będzie trzeźwy…”
Od tej chwili nic już nie było takie samo.
Powietrze zgęstniało.
Uśmiechy zniknęły.
I zrozumiałem — że wolność potrafi kosztować przerażająco dużo.

Letnie słońce paliło asfalt, gdy my — Mher, Karen, Davit i ja — postanowiliśmy uciec z miasta.
Bez celu. Bez planu. Tylko z potrzebą oddechu.
Samochód Arena wypełniała muzyka, śmiech i zapach alkoholu.
Droga wiła się między górami, a świat wydawał się dopiero zaczynać.
Kiedy dotarliśmy nad rzekę, wszystko było idealne.
Woda była lodowata, słońce gorące, a my pełni życia.
Grillowaliśmy, wspominaliśmy dzieciństwo, śmialiśmy się do łez.

A potem — wszystko się zmieniło.
Zjawił się w ciszy. Jakby znikąd.
Podniszczona kurtka, siwe włosy, oczy o dziwnym, niepokojącym blasku.
Zbliżył się do nas, niosąc starą torbę.
— Chłopcy, — powiedział spokojnie, — wskażecie mi drogę do głównej szosy?
Chciałem odpowiedzieć, ale Mher był szybszy — z ironicznym uśmiechem.
— Główna droga, staruszku, jest tam, gdzie ktoś jeszcze o tobie pamięta. Nie psuj nam nastroju.
Zapadła cisza. Wiatr ustał.
Próbowałem się zaśmiać, ale coś we mnie zamarło.

Mężczyzna długo patrzył na Mhera, potem przeniósł wzrok na mnie.
W jego oczach nie było gniewu, tylko wiedza — jakby wiedział coś, czego my nie rozumieliśmy.
— Proszę mu wybaczyć, — powiedziałem szybko. — Żartował tylko. Szosa jest po lewej, wzdłuż rzeki.
Skinął głową, otworzył torbę i wyjął z niej książkę w czarnej okładce.
Bez tytułu, bez napisów.
— Daj to swojemu przyjacielowi, — powiedział, — gdy znów będzie trzeźwy.
Podał mi książkę i odszedł, nie oglądając się za siebie.
Zapanowała cisza.
Muzyka ucichła.

Wiatr zmienił ton.
Książka była ciężka — nienaturalnie ciężka.
— Co to było? — zapytał Karen z wymuszonym uśmiechem. — Pewnie jakiś wariat?
Ale ja mu nie uwierzyłem.
Coś w powietrzu się zmieniło.
Światło przygasło.
Ptaki przestały śpiewać.
Otworzyłem książkę — strony były puste.
Na pierwszej widniało tylko jedno zdanie:

„Przeczyta to, co sam napisał o sobie — choć nigdy tego nie napisał.”
Zamknąłem książkę. Serce biło jak szalone.
Od tamtego dnia wszystko zaczęło się zmieniać.
Mher stał się cichy, nerwowy — znikał na dni całe.
Oddalał się od nas.
A za każdym razem, gdy go widziałem, trzymał w rękach tę czarną książkę.
Pewnego dnia zapytałem, co w niej jest.
Odpowiedział tylko:

— Strony nie są już puste.
Nie miałem odwagi pytać dalej.
Ale gdy później otworzyłem własny dziennik, znalazłem w nim wyrwaną kartkę.
Tym samym charakterem pisma, tym samym atramentem, widniało zdanie:
„Kiedy śmiejesz się z zagubionego, świat zaczyna śmiać się z ciebie.”
Nie wiem, kim był tamten mężczyzna.

Ale czasem, w nocy, gdy wiatr brzmi tak samo,wydaje mi się, że on wciąż tam stoi —na poboczu drogi, czekając…aż w końcu znów będziemy trzeźwi. 🌒