Nie planowałem na tym poprzestać.
Badałem tylko wilgotny las, zbierając próbki, gdy coś przykuło moją uwagę – coś, co nie powinno istnieć.
To były czerwone owoce – błyszczące, o idealnym kształcie, jakby wyrzeźbione ręcznie.
Ale najdziwniejsze było to, że każdy z nich miał czarną kropkę – coś jak źrenica – otoczoną białym pierścieniem.
Nie wierzyłem w to, co widziałem, dopóki się nie poruszyły.
Lekko, prawie niezauważalnie, ale bezbłędnie – poruszyły się.
W tym momencie cała moja logika legła w gruzach.
Wiedziałem, że w tym lesie nic nie pozostało tylko rośliną.

Wiem, że jeśli teraz komukolwiek o tym powiem, pomyśli, że oszalałam.
Ale wciąż czuję ich wzrok — nawet z zamkniętymi oczami.
Tego dnia było ciepło i wilgotno.
Puszcza Amazonii oddychała ciężkim, dziwnym rytmem, który wydawał się żywy.
Zbierałam próbki roślin z obszaru oznaczonego w lokalnych legendach.
Mój przewodnik odmówił pójścia za mną.

Powiedział: „To tam drzewa patrzą na ludzi”.
Zaśmiałam się, myśląc, że to tylko jeden z tych starych mitów o dżungli.
Głębiej w lesie zauważyłam coś migoczącego w gęstym powietrzu.
Odbijało światło słoneczne, jakby miało własny puls.
Podeszłam bliżej, powoli odsuwając liście, które ocierały się o moje ramiona.
To były czerwone owoce — ciasno ułożone, pachnące, niemal zbyt idealne.
Schyliłam się i dotknęłam jednego.
Owoc delikatnie pękł pod moimi palcami, otwierając się, odsłaniając białą, wewnętrzną warstwę z czarną, błyszczącą kulą w środku.
Ta kula patrzyła prosto na mnie.

Zamarłam.
Moje serce zaczęło walić jak młotem.
„To tylko zbieg okoliczności” – wyszeptałam, próbując przekonać samą siebie.
Ale kiedy odwróciłam się, żeby odejść, usłyszałam to – cichy szmer, niczym oddech za mną.
Zatrzymałam się.
W lesie zapadła całkowita cisza.
Kiedy spojrzałam za siebie, owoce nie były już takie same.
Zmieniły się.

Teraz wszystkie stały twarzą do mnie.
Każda jagoda zdawała się otwierać szerzej, czerwona skórka rozpościerała się jak usta, odsłaniając blady miąższ i drżące czarne punkty w środku.
Były żywe.
I obserwowały mnie.
Nie mogłam się ruszyć.
Powietrze było gęste i ciepłe, wypełnione dźwiękiem powolnego, wilgotnego oddechu.
Dochodziło z samej kiści.
Coś niewidzialnego musnęło mój umysł — nie dotyk, ale obecność.

„Nie bój się… jesteś teraz jednym z nas” – wyszeptał głos w mojej głowie.
Wstrzymałam oddech.
Potem poczułam ostre ukłucie w ramię.
Spojrzałam w dół i zobaczyłam na skórze niewielki, czerwony obrzęk, kształtem przypominający owoce.
Lekko się świecił, pulsując życiem.
Wtedy pobiegłam.
Gałęzie szarpały moje ubranie, korzenie plątały mi się w stopy, ale się nie zatrzymałam.
Kiedy mój przewodnik znalazł mnie później tej nocy, trzęsłam się i byłam na wpół przytomna.
Powiedział, że z mojego ramienia kapie ciemnoczerwona ciecz, a nie krew.

Nie potrafiłam mu odpowiedzieć.
Co mogłam powiedzieć?
Minęły dwa tygodnie, odkąd wróciłam do miasta.
Wszyscy upierają się, że to zwykła roślina – guarana, jak ją nazywają.
Ale ja wiem, co widziałam.
I to nie była roślina.
Czasami budzę się w środku nocy, pewna, że ktoś – lub coś – mnie obserwuje.

W lustrze moje oczy odbijają ten sam czarno-biały blask, który widziałam w lesie.
I za każdym razem, gdy próbuję o tym zapomnieć, słyszę to ponownie – ten cichy, niemal czuły szept wydobywający się z mojego ramienia.
„Nie bój się… teraz jesteśmy w tobie”.
Nie zbliżam się już do lasów.
Ale gdy noc jest cicha, a światło księżyca pada na liście za moim oknem, czasami widzę maleńkie, czerwone plamki, które słabo świecą.
Powoli się otwierają.
I mogłabym przysiąc, że na mnie patrzą. 👁️🌿